Moja historia

Damian Włosek

Od dnia, w którym uświadomiłem sobie z czym mam do czynienia do dziś, minęły niecałe 4 lata. W tym czasie wiele się wydarzyło i o tym ta sekcja. Dodam jeszcze, że prywatnie jestem architektem - projektuję wnętrza i ogrody. Moja choroba nie pozostawiła mi więc wyboru - musiałem skrupulatnie zaplanować jak chcę wyglądać za parę lat. A wszystko zaczęło się...

Październik 2008 - Początek łysienia

W zasadzie o łysieniu nie było jeszcze wtedy mowy. Po prostu włosy zaczęły mi nadmiernie wypadać. Czy ja wiem co mogło być tego przyczyną? Pewnie trochę czynników się na to złożyło. Żyłem projektami i pracą, źle się odżywiałem, jadłem nieregularnie i mało spałem. Poza tym ślęczałem godzinami przed komputerem żeby ze wszystkim się wyrobić. Może to wszystko w jakimś stopniu przyczyniło się do wypadania włosów?

Grudzień 2008 - Stres, stres, stres

Grudzień - niby koniec roku a zaczął się kocioł. Żeby wszystkiego dopilnować, żeby projekty na czas doszły do klientów. Przed nowym rokiem należało wszystkie sprawy uregulować, takie miałem wytyczne z góry. Poza tym w życiu osobistym trochę się działo. Na gwiazdkę miałem się oświadczyć. Wszystko to tak strasznie mnie stresowało, że nabawiłem się jeszcze większych ubytków w owłosieniu.

Styczeń 2009 - Pierwszy szok i wizyta u lekarza

Do dzisiejszego dnia pamiętam wyraz mojej twarzy, kiedy rano przejrzałem się w lusterku. Była zmęczona i wykrzywiona. Zobaczyłem wtedy, że pojawiły się u mnie zakola. Wcale nie duże, ale jednak. Wiedziałem, że to może mieć coś wspólnego z genetyką, bo ojciec też łysiał. Nie chciałem jednak w to wierzyć i udałem się do lekarza. Poznałem wtedy doktora Majewskiego - to on potwierdził moje obawy. Diagnoza: łysienie androgenowe.

Luty 2009 - Początek leczenia: finasteryd

Mój lekarz się nie patyczkował. Od razu po rozpoznaniu zalecił mi finasteryd aby zahamować DHT. Cała terapia miała przynieść skutki do pół roku. Zakupiłem więc Propecię - wszystko fajnie się układało, lecz kuracja ta była dość kosztowna. Miesięcznie wydawałem prawie 400 zł.

Maj 2009 - Ślub, odstawka pierwszego leku

W końcu przyszedł najważniejszy moment w moim życiu. Wtedy też chodziłem zestresowany - wszystko miało się udać a dodatkowo ten problem z łysieniem... Krótko po ślubie zakończyłem też przyjmowanie finasterydu. Wzmożony stres spowodował u mnie taki efekt, że lek coraz słabiej hamował wypadanie włosów. W zasadzie one wypadały w coraz większym stopniu. Jego skuteczność pozostawiała więc wiele do życzenia, ponadto lek ten wpłynął na moje męskie sprawy. A że wtedy staraliśmy się z żoną o dziecko - dalsza taka terapia była niedopuszczalna.

Czerwiec 2009 - Kontynuacja leczenia: minoksydyl

Minoksydyl miał być dla mnie ratunkiem. W końcu uważa się, że to najbardziej skuteczny składnik na łysienie androgenowe. Dostałem więc receptę na Regaine. Przyjmowałem go przez dobre 5 miesięcy, ale żadnej poprawy nie zauważyłem. W sumie było dokładnie inaczej - łysienie postępowało i nieubłaganie zbliżało się do czubka mojej głowy, gdzie zauważyłem pierwsze przerzedzenie.

Listopad 2009 - Minoksydyl reaktywacja - stężenie 5%

Muszę przyznać, że dr Majewski jest upartym człowiekiem. Nie docierało do niego, że moje leczenie minoksydylem nie dawało rezultatów. Co prawda Regaine zawierał go w stężeniu 2% ale co to za różnica - myślałem wtedy. Otrzymałem więc większą dawkę i rozpocząłem moją przygodę z Sigma Skin, dokładnie: Step 2. Główny składnik posiadał już 5% stężenie i dobrze rokował. W marcu 2009 roku zauważyłem dużą poprawę. Przede wszystkim moje włosy przestały być słabe i nie wypadały. Na czubku głowy łyse miejsce przestało się powiększać.

Marzec 2010 - Wsparcie suplementem diety: Procerin

Wszystko układało się pomyślnie. Postanowiłem na własną rękę wspomóc i przyspieszyć porost włosów. Zdecydowałem się więc na suplementacyjne kapsułki, Procerin. Moją uwagę przyciągnął rozreklamowany składnik: Saw Palmetto, czyli palma sabałowa. Procerin brałem jeszcze dość długo, ponieważ razem z minoksydylem świetnie współdziałał. Progres mojego łysienia został na tym etapie całkowicie zahamowany.

Maj 2010 - Choroba ojca

Kiedy w życiu przychodzą trudne momenty, wszystko inne idzie w odstawkę. Gdy mój ojciec zachorował, nie miałem czasu ani zbytniej ochoty zajmować się swoimi włosami. Była też inna kwestia - moja żona miała za miesiąc rodzić a stres zawładnął moimi postanowieniami całkowicie. Nieraz przypominałem sobie o kuracji, biorąc Procerin, ale nie było to regularne. Dopiero 2 miesiące później wróciłem do regularności z Procerinem.

Wrzesień 2010 - Powrót do minoksydylu: NR-07

Wtedy sytuacja wydawała się opanowana. 3 miesiące wcześniej na świat przyszła moja córeczka. Postanowiłem zająć się w końcu zaniedbanymi przeze mnie włosami. Mój lekarz zalecił mi wtedy nowe rozwiązanie, a był nim NR-07. Dlaczego? Zawierał dokładnie to, co dwa wcześniejsze środki: minoksydyl 5% i Saw Palmetto. Tyle, że były one w jednym preparacie. Zaoszczędziłem więc trochę, a cała terapia przynosiła znowu dobre skutki.

Kwiecień 2011 - Leczenie kompleksowe: szampon Revita

Do swojej kuracji dodałem szampon. Revita posiada technologię nanosomową, więc pomyślałem, że pomogę sobie w ten sposób. W końcu włosy czymś myć trzeba. Revita bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Przede wszystkim włosy odzyskały miękkość, razem z 07 były mocne i lśniące. Zapełnił mi się też czubek głowy.

Czerwiec 2011 - Całkiem nowe rozwiązanie: Nanoxidil

W łysieniu androgenowym najgorsze są zakola. Ich naprawdę trudno się pozbyć. Minoksydyl zastąpiłem więc z polecenia doktora - Nanoxidilem. Zacząłem brać Spectral DNC-N. Badania wskazywały, że Nanoxidil jest bardzo podobny do minoksydylu, lecz posiada mniej skutków ubocznych. Spectral wspomogłem Provillusem - aby nie rezygnować z Saw Palmetto. Muszę szczerze przyznać, że na mojej głowie nanoxidil działał podobnie jak minoksydyl. Poczekałem parę miesięcy i stopniowo nastąpił kolejny progres. To był bardzo dobry preparat.

Styczeń 2012 - Mój własny laserowy grzebień: ViviComb

Eksperymentowanie tak mi się spodobało, że postanowiłem zaszaleć. Na rynek weszła całkowita nowość - laserowy grzebień na porost włosów: ViviComb. Do tej pory coś takiego było dostępne jedynie w specjalistycznych klinikach, więc nie wahałem się jeśli chodzi o zakup. Sporo kasy ale warto było - do dzisiaj używam, a minęło 6 miesięcy. Efekt - zakola się prawie zapełniły, linia czoła wróciła na swoje miejsce. Jeszcze jakiś tam mały ubytek na głowie jest, ale pracuję nad tym. Moja ocena - 10/10.